„Wymieniacz samochodowy” wykrzyknąć miało podobno jedno z dzieci w szkole, ku zaskoczeniu nauczycielki.

— Wymieniacz samochodowy? – dopytała. – Kto to jest?
— No, pracuje w warsztacie samochodowym – wzruszył ramionami malec. — Wymienia części.
— Haha – roześmiała się nauczycielka. — Prędzej „naprawiacz”, bo naprawia!
— Części się nie naprawia, tylko wymienia – odparł rezolutnie wnikliwy student rzeczywistości.

Bo i może prawda. Moglibyśmy debatować, że jednak samochód się naprawia, ale zarówno warsztaty samochodowe, jak i im podobne namawiać nas będą na wymianę na nowe (a stare sobie zachowają z jakiegoś powodu, prawda?). „Wie pan, już nie produkują, ostatnie mam”. „Wie pani, to już nie będzie tak szczelne, jak się sklei”.

Może i racja. Ale i racja, że co ma ekonomia za zysk z naprawiania? Sklejony talerz niewiele pompuje PKB. „Tyle, co klejem nakapał”. A kupiony nowy to poważniejszy zastrzyk. Rzeczy produkuje się tylko raz. I wtedy najbardziej zasilają PKB. Lata ich konserwacji już mniej.

— Zobacz, to porządny rower – zachwala z kolei ekspedient w sklepie sportowym. – I dziesięć lat pojeździ, tylko mu naciągi regulować.
— Dziesięć lat? – Mamrocze nastoletni syn zafrasowanych rodziców. – Kto na jednym rowerze jeździ dziesięć lat?

Dziadek się w grobie przewraca, bo jak dostał rower od ojca, to ten rower jeszcze go przeżył. Takie spojrzenie nie bierze się znikąd i – co gorsza pewnie – trzeba się w pierś uderzyć, że to my taki świat zbudowaliśmy. Nie, żebyśmy też znów histeryzowali, iż za naszych czasów młodzież była inna. Choć była inna, ale czy lepsza? Tu zdania wśród historyków są podzielone.

Przede wszystkim kiedyś młodzież nie miała wyboru. Jeśli ktoś miał jeden rower, to najczęściej nie miał szans na drugi. Rowerów było mniej, były droższe, a jeszcze sto lat temu 90% ludzkości żyła w skrajnej biedzie, jeśli przyłożyć do nich dzisiejszą miarę majętności. Możemy rzewnie uważać owe czasy za szlachetniejsze, ale gdyby tamtym osobom ktoś dał wybór, pewnie też wolałyby nowy rower, zamiast klekotania na starym.

Podobnie ze związkami. Jeszcze sześćdziesiąt lat temu małżeństwo było dla kobiety głównym sposobem na godne życie. Kobieta sama niczego nie mogła, a jeśli chciała i nie mogła, to diagnozowano u niej histerię i nadawała się do leczenia. Romantyczne historie o tym, że „dziadkowie długo się kochali, bo kiedyś nie wymieniało się tego, co rzęzi, ale naprawiało” mają gorzkie tło: dziadkowie często nie mieli wyboru. Małżeństwo było fuzją majątkową i interesem teściów, a słodkie sceny z internetowych obrazków z trzymającymi się staruszkami za ręce, owszem zdarzały się, ale dziś wiemy już, że:

  • Małżeństwo nie było „do kochania”, a „do robienia pieniędzy” i jeśli już do czegoś miłego, to raczej „do życzliwości oraz szacunku”,
  • zgodność jest raczej nagrodą za ciężką pracę w związku, a nie warunkiem przystąpienia do miłości.

O tym ostatnim znów zapominamy przeszukując randkowe portale, które próbują wmówić nam, że wiedzą, które to osoby podobne są do nas i będą takie same za dwadzieścia lat. Te same portale wskazują także, że jeśli związek się nie sprawdzi, to można go wymienić, bo kolejka do nas ogromna i sępy matrymonialne dniem i nocą kołują, w oczekiwaniu, że w profilu społecznościowym zmienimy status na „wolny”. Tu też można wymienić na nowe. Instytucja małżeństwa, jeśli cokolwiek dobrego jej przyznać, hamuje ten impuls wymiany podczas niezgody.

W normalnym małżeństwie człowiek chce się wyprowadzić z domu raz w tygodniu. Wizja tłumaczenia swojej decyzji chorej ciotce, którą ściągaliśmy na niedawne wesele nieco nas studzi. I dobrze. Bo w przypadku relacji reperowanie i naprawianie ma wiele sensu. Dobry związek, to zawsze efekty pracy i wątpliwości, czy ma to dalej sens. Na bliskim wschodzie mówi się o nas, że poślubiamy osoby, które kochamy, za miast kochać osoby, które poślubiliśmy. Że w aranżowanym związku jest pewien niuans: Bóg objawił ci się w formie tej osoby, by uczynić cię lepszym, pracuj, by to zrozumieć. Oczywiście zdrowy Czytelnik zaraz ma w głowie dramatyczne przykłady relacji z przemocą, pogardą i uciskiem.

Bez dwóch zdań będzie to skojarzenie dobre. Ale, gdyby pomyśleć o tym rozsądnie, w ramach ćwiczenia, drugie dno takiego podejścia opartego na „naprawianiu” wyda się zasadne. Nikt zresztą nie wsiada do samolotu ani samochodu z wizją najgorszych katastrof, jakie mogą mu się przytrafić. Związek, to podobna podróż. Podobnie z przyjaźnią.

Podobnie także z zabliźnianiem się ran. Jedni się ich wstydzą, inni noszą z godnością. Rany, to podobno miejsca, przez które do naszego ciemnego środka może wpaść światło. Blizny zaś są dowodem siły. Że przez coś się przeszło i wróciło. Czy gdybyśmy mieli wybrać do walki zastęp rycerzy, wybralibyśmy młodziaków z gładkimi licami, czy pooranych bliznami zakapiorów w powgniatanych zbrojach? Podobnie w życiu. Zabliźnianie się jest dowodem wytrwałości i twardego charakteru. Uważa się wręcz, że człowiek nie może mieć charakteru, jeśli nie przeszedł przez nic ciężkiego.

Ale to wszystko metafory mniej lub bardziej. Nie mamy z ciałem wyboru. Nie mamy jak go wymienić. Podobnie z sercem. Możemy się więc tak mądrować. Japońska sztuka kitsungi, polegająca na naprawianiu porcelany tak, by przedmiot nie „wstydził” się swoich pęknięć i często upiększa się je, by wskazać, iż został naprawiony, zamiast je maskować, może być tu dobrym tropem. Dlaczego?

Po pierwsze powstała na dworze szoguna Yoshimasy Ashikage, kiedy ten zbił swoją ulubioną czarkę do herbaty. Naprawiona najpierw topornie w Chinach, nie zrobiła wrażenia na władcy. Polecił on więc poprawić robotę na własnym dworze. Udoskonalono tu metodę klejenia żywicą i posypano płatkami złota tak, by nadać czarce historię, uczynić ją ciekawszą i piękniejszą, niż wtedy, gdy była cała. Skąd tu mianowicie trop? Ano stąd, że szogun wybór akurat miał. Mógł kupić wiele nowych czarek. Ale wolał naprawić ulubioną. Być może, jak powiedzieliby Japońcycy, wybór nasz jest pozorny. Wyrzucenie to brak szacunku dla własnego wyboru i pracy. Wymieniając często uważamy, że to będzie nowe, ale trafiamy na ten sam problem i trzeba go rozwiązywać od początku. To nie związek powinien się zmienić, ale my. Wiele związków trwa ze względu na swoją burzliwą historię i włożony wysiłek. To blizny go wzmacniają. Zaczynanie od nowa, to nowa czarka, która nie wiemy jeszcze jak się sprawdzi i nie wiemy, gdzie ma słabe punkty. Ale można nam tak tłumaczyć… Miłość to zawsze i tak tryumf nadziei nad doświadczeniem.

Po drugie: nie wszystko da się wymienić. Drugiej Ziemi nie mamy. Atmosfery także. Nie mamy drugiego życia, ani nawet drugiego zdrowia. To, co czasem więc próbuje nam się wmówić w sklepie, a bazuje na chciwości, wymaga pewnej refleksji. Ważne pytanie nie tylko: czy to dobre? Ale czy w razie co da się to naprawiać? Gdzie? Kto to zrobi? Czy umie? Czy chce? Kupując tanie produkty, często nawet nie zastanawiamy się nad tym, że w razie wpadki nie będzie komu tego oddać, bo nikt się nie spodziewa, że będziemy próbowali naprawiać. „Lepiej kupić nowe”. Wystarczy przyjrzeć się na wtyczki niektórych produktów. Kiedyś każdą wtyczkę dało się rozkręcić.

Wreszcie naprawianie dodaje nam w życiu szczęścia. Skupia na tym co ważne. Mamy coś, co ulubione. Co ma historię. Co wyczekane. Co wybrane. O co dbamy, bo to dobrze dba o nas. Buty pastowane w ciszy, na fotelu. Już lekko schodzone, ale czyste, wygodne nie do opisania. Siedząc nad nimi pomyśleć można, że fajnie, że się takie buty trafiło. Proces naprawiania jest procesem budującym wdzięczność i zwracającym uwagę na to wszystko, co mamy, chęć dbania o to, bo zdajemy sobie sprawę, że wymienić na nowe się tego nie da, albo, że tak dobrego już nie trafimy. Proces naprawiania jest wielkim hołdem uważności na to, co się dzieje tu i teraz. Czego naprawdę potrzebuję. Wreszcie proces naprawiania jest procesem dającym satysfakcję, o czym wie każdy, kto zabrał się za skuteczne choćby małe domowe remonty. Trud niesie radość. A taki dbający człowiek przy okazji staje się porządniejszy i szczęśliwszy, o co z kolei trudno, kiedy rozglądać się wyłącznie za wielkimi źródłami szczęścia w życiu, których z kolei jest za mało.

Tak oto dochodzimy do wniosku, że wymienianie na nowe ma jednak swój koszt. Jak wymiana waluty w kantorze, która nie jest dla naszego portfela neutralna. Może na co dzień o tym nie myślimy, ale każdy, kto ma wątpliwości może to sprawdzić. Należy wziąć sto złotych i wymienić w kantorze na dolary. Potem otrzymane dolary znów na złotówki. I tak w kółko. Wymienianie doprowadzi w końcu do tego, że zostaniemy bez pieniędzy. I czasem z tym wymienianiem ciągle na nowe bywa dokładnie tak samo.