Oczywiście, że planować jest lepiej. Każdy, kto planuje, ma szansę zrobić więcej tego, co dla niego ważne. Ma szansę więcej popracować, ale i ma szansę lepiej się poobijać. Planując weekend wiemy przynajmniej, że w najgorszym razie nie zmarnujemy czasu na coś pośledniego. Podchodząc do weekendu zupełnie spontanicznie, zwiększamy szansę na to, że ockniemy się w niedzielę wieczorem z myślą: „Szkoda, że jednak do kina nie poszliśmy”.

Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że fundamentem planowania jest trzymanie się planu. Wręcz przeciwnie. Fundamentem planowania jest elastyczność. Badania pokazują, że najlepiej w życiu wychodzą ci, którzy potrafią zmienić plany, jeśli coś idzie inaczej, choć ogólnie starają się planowania trzymać.

Weźmy taki przykład: chcemy iść na siłownię o godzinie osiemnastej. Wiadomo, że ma się mieszane uczucia. W skrócie: trochę się chce, a trochę nie chce. Zwłaszcza kiedy przychodzi pora. Jakaś część nas wciąż szuka pretekstu, żeby zająć się czymś innym. Nerwowo wkładamy termometr pod pachę, sprawdzamy, czy nie ma do zrobienia zakupów. Niestety. I nagle, ku naszej radości, robi się godzina 18.02. „O! To już niestety pora minęła. Pójdę jutro”. Skuteczniejsze podejście, to raczej takie, że „co prawda pora minęła, ale można później, mniej, albo nawet jeśli zostało 10 minut, to przynajmniej się przejść w dwie strony, albo poćwiczyć w domu na podłodze”. W jednym z badań poproszono, by pierwsza grupa uczestników chodziła na siłownię pięć razy w tygodniu. Druga grupa miała iść siedem razy w tygodniu, ale dwa wybrane dni mogła sobie odpuścić. Czyli – na jedno by wychodziło. Obie grupy poszłyby pięć razy. Jednak elastyczność planu spowodowała, że druga grupa wyrobiła więcej wizyt na siłowni niż pierwsza. Elastyczność jest ważna także dlatego, że zdrowy na umyśle człowiek w naturalny sposób planuje więcej niż potem zdąża. Mamy wbudowany optymizm efektywności. Stąd mówi się specom, żeby planowali najwyżej 80 proc. czasu, a najlepiej 60 proc. Wtedy o wiele większa szansa, że zdążą.

Planowanie bierze się z naszej chęci przewidywania przyszłości. Umysł, w odróżnieniu od ciała, nie jest powiązany z czasem i skwapliwie z tej zdolności korzysta. Wciąż wyprawia się w przeszłość, by zadawać sobie pytania: „Co mogłem mu lepszego przygadać?”, „Jak mogłem ją lepiej skomplementować?”, „Jak on mógł mi to zrobić?”. Ale wyprawia się i w przyszłość: „Jak jej powiem tak, to ona mi tak…”, „Jak zrobię to, to potem zrobię to”, „Wiem, jak on zareaguje”. Obu tych zjawisk nie możemy ignorować, ale i w obu nie warto nam się zatracać. Przeszłość nie jest po to, żeby w niej żyć, ale po to, żeby się z niej uczyć. Kto nie uczy się z historii, skazany jest na powtarzanie jej błędów. A z drugiej strony nie może korzystać z jej dobrych przykładów. Przyszłość także nie może być ignorowana ani nie warto jej zaprzeczać. Kiedy zapowiadają deszcz, nie będziemy próbowali siłą woli tego zmienić, a weźmiemy z domu parasol. Widać zatem, że nasze próby okiełznania przyszłości mają różne oblicza, ale sprowadza się to wszystko często do stwierdzenia: „jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu jakie masz plany”. Skąd ten nasz pesymizm?

Odkryjmy karty. Jesteśmy potwornie, żałośnie słabi, jeśli chodzi o przewidywanie przyszłości. Ledwo nam idzie zaplanowanie tego, co się za chwilę stanie. A im dalej w las, tym gorzej. Eksperci rynkowi chwalą się 8-procentową skutecznością w przewidywaniu ruchów giełdy. Prognoza pogody na więcej niż 3 dni do przodu ma mniej niż 30 proc. trafności. Ilekroć próbujemy w badaniach przewidzieć, jak się będziemy czuli, zawsze przestrzeliwujemy. Uważamy, że pod wpływem różnego rodzaju katastrof będzie nam bardziej smutno niż potem jest. I podobnie w drugą stronę: cieszymy się zwykle mniej niż zakładaliśmy. Kupując mieszkanie, zakochujemy się w pięknym tarasie, wysyłamy rodzinie fotki i imponujące wymiary metrażu tegoż. Badacze zajmujący się badaniem naszych zdolności przewidywania pytają potem bezczelnie: to wobec tego, gdzie te tłumy na tarasach i balkonach potem? Kiedy przejeżdżamy przez osiedla, mijamy puste balkony, ewentualnie zawalone rowerami czy wszystkim tym, czego nie chciało się lokatoreom wynieść do piwnicy.

Do jakiego morału zmierzamy? Zmierzamy do tego, że życie, które kontrolujemy, nasze życie, to kwadrans do przodu. Potem zaczyna się naiwna wyobraźnia. Tyle mniej więcej możemy przewidzieć, założyć, zaplanować. Pojadę do sklepu, herbatę zrobię i wypiję, uprzątnę tyle, co w kwadrans ogarnę. Wokół siebie. Pomimo naszej chęci ogarniania całego czasu i przestrzeni, niestety nie mamy takiej możliwości. Zakres naszej troski ma bardzo daleki horyzont. Zakres naszej kontroli – dosłownie kwadrans wokół. Może czasem uda nam się coś gdzieś dalej zamieść, ale największą i najuczciwszą kontrolę mamy nad tym, co pod ręką, niedługo i w zasięgu owych kilkunastu minut. Oczywiście wyprawy mentalne dalej mają swój cel, bo nadają kierunek lokalnym działaniom. W Japonii zapytano dwie grupy mieszkańców jakie powinny być wymogi dotyczące poziomu zanieczyszczeń w okolicy. Jednej grupie mieszkańców po prostu zlecono zadanie, a drugiej powiedziano: wyobraź sobie, że jesteś mieszkańcem tego miejsca, ale za trzy dekady i możesz przekazać swoje wymagania w przeszłość, czyli nam dziś. Wynik: druga grupa miała o wiele bardziej restrykcyjne propozycje niż pierwsza.

By jednak zacząć i robić, nie można tkwić ze wzrokiem w oddali. Trzeba mentalnie wrócić do punktu na mapie opisanego „tu jestem” i zastanawiać się, co mam do zrobienia teraz, żeby w wybranym kierunku wyruszyć. W ten oto sposób docieramy do sedna: tworząc świat 15 minut, być może dajemy sobie szansę życia bardziej po swojemu i w sposób kontrolowany. Bo właśnie: życie to kwadrans naprzód. Dalej już wyobraźnia.